Na walentynkowy wyjazd do kina miałem do wyboru cztery filmy z gatunku tzw. „komedii romantycznych”: To skomplikowane, Walentynki, Randka w ciemno i Oświadczyny po irlandzku. Po kilku pozytywnych głosach z blipa i Facebooka wybrałem ostatecznie „Randkę w ciemno” i to chyba był błąd. O ile pierwszy polskim film jaki widziałem w tym roku czyli :ciacho” był fajny tak randka w ciemno niczym mi przypadła - jedynym plusem była miłe towarzystwo w kinie.
Jako, że były walentynki to i film musiał być w klimacie i według wszelkich informacji miał być, no właśnie miał. Pierwsze co mnie zraziło na samym początku to jeden wielki spot reklamowy jaki zafundowali mi twórcy. Product placement w polskiej kinematografii to jedna wielka porażka. Jedna z pań bierze chusteczkę i najazd na pudełko, dalej rozmowa a w tle tej samej firmy ręczniki papierowe – oczywiście nierozpakowane aby pełna nazwa była. Do tego gigantyczne kubki z nazwą pewnej herbaty, biżuteria czy kwiaty owinięte w wielką reklamę firmy dostarczającej tego typu towary (nie wspominając o kuriera dostarczającego je). Czy naprawdę jak ktoś gasi telewizor musi być najazd na jego palec i klika sekund z nazwa producenta?
Płacę za bilet więc liczę, że film nie będzie przerywany reklamami – a jak już ma tak być to róbcie to z większym wyczuciem! Osobiście odpycha mnie od produktów reklamowanych w ten sposób. Cały ten początek i kolejne nadruki na torbach ostentacyjnie kierowane do kamery
Sam film banalny, ale niczego więcej nie chciałem, a mimo to co chwila pojawiały się sceny, które ni jak mi pasowały do całości i wyglądały jak by doklejono je na siłę aby przedłużyć film do kinowych standardów.
Przez cały seans miałem wrażenie, że główna rola kobieca to nie Katarzyna Maciąg a Marta Żmuda Trzebiatowska – chyba wspomnienia z Ciacha jeszcze były we mnie mocne. Linda i Szyc jak zwykle dobrze wykonują swoją pracę. A reszta aktorów? – nie powala i dzień po jego obejrzeniu pamiętam oprócz w/w jeszcze Lesława Żurka grającego Kubę i pewna Czeszka Petra Tůmová.
Jednym wielkim plusem (dla mnie) jest sposób w jaki pokazano Wrocław, miasto do którego mam duży sentyment.
Więc jeśli macie z kim iść do kina, a nie ma nic innego niż „Randka w ciemno” to czemu nie :) wasza partnerka będzie zadowolona (lub partner), wszak w kinie film nie zawsze musi byc najważniejszy.























One Response to “Po „Randce w ciemno””
Przemysław Garczyński
1 year ago
Ano, film nie musi być najważniejszy, ale mimo wszystko dobrze byłoby, gdyby zaciekawił :) w końcu bilety darmowe nie są ;)
Mnie jakoś nawet telewizyjna reklama (tym bardziej billboardy) nie chce zachęcić do obejrzenia. No i druga sprawa, że wmówiłem sobie (w oparciu o doświadczenie), że polskie filmy to z reguły gnioty, które mi się nie podobają jakoś specjalnie, i jak już mam obejrzeć, to wolę je oglądać w domowym zaciszu, gdzie w każdej chwili wyłączę film i mam świadomość, że nie tracę tych kilkunastu/kilkudziesięciu złotych na kino+popcorn+cola :P
A jeśli chodzi o te cztery filmy, to osobiście z ciekawością poszedłbym na „Oświadczyny po irlandzku” ;) nie czytałem recenzji, więc nie znam ocen. Temat i główny motyw są po prostu interesujące ;)